Jest mglisty, deszczowy poranek. Siedzę w kuchni z kubkiem gorącej kawy i obserwuję świat zza okna. Prawie wszystkie drzewa zmieniły już kolory swoich liści, w żółcie, brązy i pomarańcze. Część z nich stoi ogołocona, tylko jaśminowiec, róże i bez czarny są jeszcze zielone. Jest sennie. Krople deszczu uderzają o liście, gałęzie drzew i rynnę. Przy większym podmuchu wiatru, część liści nagle opada z drzew, wirując wspólnie w powietrzu. Ptaki pochowały się, nie widzę ani jednego stworzenia. Widzę za to świerka w tańcu, kołyszącego się w rytm wiatru i uderzających kropel, pochmurne niebo, zawieszone nisko nad ziemią. Obserwuję drogę spadających listeczków, zauważam różnice w sposobie w jakim opadają. Jedne wirują, inne kołyszą się z lewej na prawą, pozostałych ruchy są nieregularne.
Wstaję ostatnio po piątej rano. Jest ciemno. Ubieram się, piję gorącą wodę z cytryną i zabieram psy na spacer. Słońce wychyla się zza horyzontu. Mróz otulił rośliny, nadał im sztywną posturę i srebrzystą poświatę, dzięki której błyszczą się w promieniach wschodzącego słońca. Jest przepięknie. Wędruję przez błonia, spowite jeszcze mgłą i jej parującymi obłokami. Jest rześko, chłodno, a zarazem tak ciepło na sercu. Psy biegają szczęśliwe, kierują się w stronę stawu. Nie przepuszczą żadnej okazji by zanurzyć się w wodzie, nawet w tak mroźną pogodę. Z mgły wyłaniają się sylwetki pasących się koni. Zbliżam się i czekam cierpliwie, aż do mnie podejdą. Wychylam otwartą dłoń, jeden z nich, podchodzi w poszukiwaniu jabłka, bądź marchewki. Dziś nic ze sobą nie mam. Powolnym ruchem głaszczę go po pysku. Ogrzewam dłoń o jego ciepłe ciało. Patrzę mu w oczy, i widzę głębię, mądrość, emocje (może swoje), piękno stworzenia. Zwierzę dzikie w swojej naturze, wrażliwe i bacznie obserwujące. Zabieram rękę i oddalam się powoli. Czuję szacunek do tych ogromnych, majestatycznych stworzeń. Woda w stawie znacznie się obniżyła, to przez tegoroczne susze. Dostrzegam pościnane przez bobry drzewa, ich ścieżki prowadzące do różnych stron jeziora. Przypomina mi się, jak rok temu odkryłam, że tu są – zobaczyłam jednego z nich, martwego przy brzegu. Od tamtej pory nieustannie widzę znaki ich obecności, żywej obecności. Mam nadzieję, niższy poziom wody nie wpłynie znacząco na ich przetrwanie tutaj, że sobie poradzą. Marzną mi palce, wyrwana z zadumy, kieruję kroki w stronę domu. Do ognia w kominku.
Ogród powoli szykuje się do zimowego snu. Rośliny zielne marnieją, kurczą się w swojej objętości. Z kwiatów ostała się tylko nawłoć kanadyjska, niezrażona pogodą i trudnymi warunkami, jak na roślinę inwazyjną przystało. Jaka jest piękna, rośnie dumnie na tle szopy, skryta przed silniejszymi podmuchami mroźnego powietrza, kolorem odznacza się w otoczeniu samych brązów, szarości i zgniłych zieleni. Zrywam ostatnie przejrzałe już prawie winogrona. Ich dzikie pnącza sięgają czubków najwyższych obok drzew, dwukrotnie przewyższających nasz dom. W tych zaroślach czuję się jak w tajemniczym ogrodzie, gdzie natura rozrasta się bujnie, tam gdzie jej się tylko podoba, bez ingerencji człowieka hamującego jej potencjał. Pomiędzy pnączami winogron dostrzegam winobluszcze. Jeśli zajmą jeszcze więcej przestrzeni, grona owoców będą mieć zbyt mało światła by dojrzewać. Myślę o ich ścięciu, gdy dostrzegam pewną zależność: pnącza winogron przesunęły się nad moją głową ponad dwa metry w stronę domu, podtrzymywane od góry właśnie przez winobluszcze zwisające z sąsiedniego drzewa. Jeśli je zetnę, opadną razem z nimi na ziemię. Zostawiam naturę samą sobie, nie ingeruję. Niech tajemniczy ogród, pozostanie tajemniczym ogrodem.
Obserwuję ogród, kolory drzew i myślę, że październik to czas, w którym drzewa odkrywają kolory ukrywane przez cały rok. Pragnę być jak te październikowe drzewa.
