Stoję pośrodku ogrodu obserwując zachód słońca. Ciemniejące już sylwetki drzew na tle pastelowego, niebiesko-różowego nieba. Biorę głęboki wdech – w rześkie powietrze po deszczu. To pierwszy znośny dzień po czterdziestostopniowych upałach. Na tle nieba, na dachu stareńkiej, rozpadającej się już stodoły, całej obrośniętej roślinnością, pojawia się sylwetka kota. Zwierzak siada dumnie na dachu, przez chwilę wpatrujemy się w siebie, po czym kot znika mi z oczu.
Pomyślałam, że gdyby mnie tu nie było, nie byłabym świadkiem tego magicznego momentu. Kot nie zostałby zaobserwowany. A ile takich chwil mi ucieka? O ile więcej mogę dostrzec, zatrzymując się choć na moment – nie tylko patrząc ale również widząc? Łapiąc obrazy ulotne, nieraz nieuchwytne dla nieuważnego obserwatora – z pogranicza jawy i snu. Zatrzymując je w sercu, wydłużamy czas.
Siadam na ławce pod domem, opieram się plecami o belki i zamykam oczy. Wsłuchuję się w dzisiejsze ostatnie wieczorne śpiewy ptaków. Melodia ta dotyka mojego serca. Czuję jak wraz z nią unoszę się, odżywam i nabieram lekkości. Daleko w tle słychać kukanie kukułki – przenoszące mnie do wspomnień dzieciństwa, wywołujące odczucia melancholii i budzące zakurzone sentymenty wspomnień ciepłych, letnich wieczorów, gdy jako dziecko rejestrowało się i czuło więcej, a czas rozciągał się, nie mając początku ani końca. Istniała tylko chwila obecna.
Popijając tłuste kakao wpatruję się w studnię i pełzające po niej ślimaki, zapewne bardzo spragnione deszczu po tylu dniach suszy. Przyglądam się ich półprzeźroczystym ciałkom ukazującym wnętrzności. Wypatruję psów. Gandalf leży na sprażonej, żółtej od słońca trawie, a Karmel odpoczywa w obejściu pod drzewami. Oba pozostają czujne na odgłosy szczekających w pobliżu psów.
Nad głową przelatuje mi ogromny chrząszcz, niemal wielkości mojej dłoni. Jedna z pszczół układa się do snu pomiędzy belkami. Topię wzrok w już zlewającej się barwami zieleni, słońce zachodzi za horyzontem. Zauważam kopciuszka lądującego na młodej gruszy. Może to samica, której gniazdko znajdowało się przez ostatni miesiąc nad drzwiami w wieńcu bożonarodzeniowym. Wykluły się w nim trzy pisklęta. Niestety w jeden z ostatnich upalnych dni, prawdopodobnie wyskoczyły z gniazda i nie udało się ich odnaleźć. Dużo śmierci początkiem tego lata. Myślę również o młodym jeżu, który mieszkał w raz z rodzeństwem u nas w ogrodzie i spragniony wody utopił się w misce. Lejąc nad nim słone łzy, pogrzebałam go pod starym jesionem. Miska znikła na zawsze. W jej miejsce powstanie mały wodopój dla naszych psów, kotów i dzikich zwierząt.
Zapadł zmrok, obok mnie przeleciał nietoperz, oznajmiając czas powrotu do domu. Przechodząc przez próg myślę o życiu, które zawsze nadchodzi po śmierci. O tym, jak wszystko zatacza krąg.
