Przechadzam się po ogrodzie, ostatnio niestety nie było czasu, by tu zajrzeć. Dotąd zachodzące zmiany obserwowałam z dnia na dzień, teraz czuję się jakbym przeniosła się tu wehikułem czasu. Zasiane przeze mnie nasiona polnych kwiatów, okazały się jednym rodzajem chwastu, który swoim rozmiarem przerósł nawet drzewka rosnące nieopodal, a stając z nim „twarzą w twarz” stwierdzam, że na pewno przerósł mnie. Badyle grube w łodydze na szerokość mojego palca, zasłaniają światło dojrzewającym z tyłu winogronom. Będzie trzeba się tym zająć – myślę, wzdycham i idę dalej. Środek podwórka – jak pole minowe – wszędzie dziury wykopane przez psiaki, niestety nasza dłuższa ostatnio nieobecność wpłynęła również i na nie, przyzwyczajone bowiem dotąd były do spędzania każdej chwili, chociaż z jednym ukochanym człowiekiem. Kroki kieruję ku pomidorom. Niezrażone brakiem ludzkiej opieki, obrodziły pięknie, w czerwone, pomarańczowe i żółte owoce. Jakiś czas temu naliczyłam ich ponad 130, teraz jest ich na pewno znacznie więcej. Obserwuję powykręcane łodyżki, półżółkłe liście spalone słońcem, zrywam jednego pomidora i zanim wyląduje on w mojej buzi, wdycham jego świeży zapach. Zapach lata. Smakuję owoc – soczysty, słodki i wyrazisty, jak te u babci. Spoglądam na leszczynowy płot, do którego przywiązaliśmy pomidory. Spacerują po nim mrówki. Dokąd idą – myślę. Staram się namierzyć trasę jednej z nich. Znika mi z zasięgu wzroku, zaraz za jednym z krzaków sąsiadujących z płotem. Krzakiem porzeczki. Napycham się owocami, których w tym roku jest naprawdę dużo. Natura pięknie radzi sobie tutaj bez nas, no, może poza pojedynczymi roślinami, które nie przetrwały braku opadów i suszy.
Róże rozrosły się na płocie, rozkrzewiając się, ku mojej uciesze, w każdym możliwym kierunku. Również i bluszcz wypuścił wiele nowych pędów, a jego główna łodyga zdrewniała, wzmacniając całą roślinę. Na jednym pędzie zadomowiły się mszyce, powolne małe stworzonka, prawie przeźroczyste i uwijające się wokół nich mrówki, szybkie i zwinne. W swojej uważności, łapię się, na uczuciu wzrastającego poczucia winy, jako że w niedalekiej przyszłości te stworzonka zostaną potraktowane olejem rydzowym. Albo one, albo bluszcz i róże. Na razie nie znalazłam na to innego sposobu. Siadam na ganku i wpatruję się w kojącą zieleń liści drzew, jaśminowca i paproci. Te ostatnie, ukochane mi rośliny, w tym roku rozmnożyły się o kilka nowych paprotników. Odkrycie każdej z nich, jej małych, rozwijających się jeszcze liści, było dla mnie jak święto. Napawało czystą radością. Zamykam oczy i wsłuchuję się w śpiew ptaków. Niektóre melodie rozróżniam, miesiącami powtarzające się dźwięki zapadły mi w pamięć, stały się bliskie i znajome, a niektórym z nich potrafię nawet przypisać ptasią sylwetkę właściciela. Słyszę kosa, sikory i sierpówkę. Nieopodal również ziebę. Skupiam się na zmysłach i odczuciach – ciepło słońca na skórze, śpiew ptaków, delikatny, ledwie słyszalny szelest liści. Kowalik uderzający w drewniane bale domu. I cisza.
Wieczorem zapalam pochodnię odstraszjącą komary, a przy tym, również klimatycznie rozświetlającą ciemność nocy. Siadam przy drewnianym stole z kubkiem ziołowej herbaty i wysłuchuję koncertu świerszczy. Muzyki lata. Muzyki mojego dzieciństwa i wspomnień z rodzinnego domu. Pachnie ciepłym wieczorem – mieszanką zapachów, tak charakterystyczną, kojarzącą mi się z tą porą od wielu lat, może od zawsze. Kładę się na stole i kieruję wzrok ku niebu. Dziś czyste, brak sztucznego oświetlenia w pobliżu uwidacznia na nim niezliczoną ilość gwiazd. Oddaję się gwiezdnej medytacji, zauroczona widokiem, rozmyślam nad swoją małością we wszechświecie, trwam w chwili samotnie nie samotnej – towarzyszą mi one, jaśniejące byty, drogowskazy i kompanki podróży zwanej życiem.
