Start / Dziennik uważności / Czerwiec 2025

Czerwiec 2025

Po ciepłym maju nadszedł czerwiec. Chłodniejszy – słońce momentami ostre, palące, gdy chowa się za chmurami zabiera ze sobą całe ciepło. Ciało, niedogrzane po długiej i chłodnej zimie nie potrafi zmagazynować w sobie wystarczającej ilości energii słonecznej, by utrzymać temperaturę w chwilach nieobecności promieni. Siedząc przy drewnianym stole, stole dziadka, przytaszczonego do nas tu, ze stron rodzinnych dalekich o 500km, ku pamięci. Obserwuję. Obserwuję mój, nasz ukochany ogród, budzący się, ach nie, ożyły już, w początkach pełni swojego rozkwitu. W zastygnięciu witam głośną ciszę. Głośną w śpiewy ptaków – kosa, pary synogarlic, raniuszków, sikory, dzięcioła stukającego w belkę naszej starej chaty. Głośną w bzyczenie pszczół i bąków. Kukułka kuka w tle, w oddali również krzyki dzieci sąsiadów. Po chwili ucichły, scenę dźwiękową przejęła perliczka.

Patrzę się na trawę, wysoką już, rosnącą wraz z wszelkim innym rodzajem ziół, łąkowych kwiatów. Skosimy je – myślę, ale jeszcze nie teraz, za wcześnie. Niech wydadzą nasiona, dopiero potem użyźnią glebę, dając więcej przestrzeni na dostęp światła rosnącym pomiędzy nimi młodym świerkom. Patrzę na te „chwasty” i myślę, jak rok temu nie rosło tu jeszcze nic. I jak dbając o glebę – o łono ziemi – odwdzięczyło się ono nam pięknym bukietem roślin. Jak ta ziemia odżyła i rozkwitła. Myślę o tym, jak kwitnąć będzie, z roku na rok bardziej różnorodna w gatunki – taką mam nadzieję. Patrzę na pokrzywę – strażniczkę granic naszego ogródka. Dumnie rosnącą ku niebu, przewyższającą już większość roślin zielnych na tej ziemi. Nieopodal mnie ledwo posadzone, dwie zwiędłe nieco grusze. Swoją marną formą wprawiają mnie w wątpliwość, czy dotrwają do kolejnego roku. Oby. Nieco dalej, na środku jedynej większej pustej przestrzeni, rośnie magnolia. Małe, może 2-metrowe drzewko posadzone w maju, kwitnące jeszcze w duże, okazałe jasnoróżowe kwiaty. Witająca gości, bo przed wejściem do domu, prezentuje się pięknie. 

Moją uwagę odwraca szum liści brzóz, rosnących w długim 150-metrowym rzędzie przy jednym z końców naszej działki. Wysokie, 15-20-metrowe cienkie drzewa, zwarto posadzone, przywodzą mi na myśl bramę do odległej baśniowej krainy. Poruszone wiatrem strażniczki, uginają się płynnie, tańcząc z podmuchami powietrza. Jak fale wody w błękitnym morzu. Otoczona drzewami, czuję się bezpiecznie. W ich ramionach tu, choć na końcu wsi, to osadzona w środku swojego wewnętrznego świata. W tu i teraz. Delektuję się chwilą, z zamkniętymi oczami, twarzą w kierunku łagodniejszych już promieni słońca, słucham wiatru, szumu drzew – dochodzącego do mnie już z każdej strony i nasilającego się, mimo czystego nieba. Wiatr śpiewa. Słucham jego historii, czuję synchronizujące się z nim ciało. Pojawia się zaskakująca myśl, że wiatru przecież nie znoszę. Opierałam mu się lata, chowając się przed nim, czując, że wprawia mnie w nerwowe drgania. Tymczasem wiatr mnie oswoił. Tu, wśród bliskich mi już drzew. W chatce, gdzieś na końcu świata. Pierwszy raz jestem częścią miejsca, zdając sobie sprawę z zapuszczanych korzeni, właśnie tu, na tej ziemi. Ogarnia mnie wdzięczność. 

Przewijanie do góry